Epidemia grypy ogloszona w miescie. Nie udalo sie niestety nam jej uciec. Juz prawie tydzien mija, jak chlopcy nia powaleni. Goraczka czterdziestostopniowa na szczescie juz minela, ale nadal paskudny kaszel, brak apetytu, ogromne zmeczenie. Wiekszosc dnia przesypiaja.
Moje maluszki tez niemal wszystkie chore. Najmlodsza (8 miesiecy) spanikowana mama wziela dzis ze soba do pracy. Nawet nie probuje sobie wyobrazic, jak dzien im zorganizowala. Dziewczynki, obie, od poniedzialku w domach swoich, z grypa oczywiscie. Rodzice chlopcow udaja, ze problem ich nie dotyczy. A dzis rano, po pol godzinie zaledwie od przyjscia, oboje zasneli na podlodze. Jednego w poludnie mama zabrala do lekarza. Objawy grypy plus zapalenie ucha. "To moge go jutro mimo to przyprowadzic?" Taaaa.... "Nie, nie ma goraczki, ale w plecaku zostawilam doliprane" - znam juz na pamiec. I po co to udawanie? Dobrze wiedza, ze nie jestem w stanie zamknac im rano drzwi przed nosem. Przeciwnie, doinformowana, lepiej dzien zorganizuje i na niepotrzebne ryzyko ani malych, ani siebie, ani innych wokol narazac nie bede.
Dla przeciwwagi, musze to zanotowac!, znajoma zalaca sie, ze jej synek ma
prawie goraczke. Prawie, bo 37° nie przekroczyla. I chrypke.
Koncze czytac "Une vrai vie de nounou" Françoise Naser. Liczylam na wiecej humoru, na wiecej scenek rodzajowych. Ogolne narzekania na brak szkolen, brak pomocy, wymagania rodzicow, niedocenianie, itp., itd., mimo ze uzasadnione, nie pasjonuja mnie. Jest jak jest. Staram sie odnalezc jak najlepiej w tej sytuacji, jak najwiecej brac i dawac. I przede wszystkim trzymac sie pozytywow. Innej pracy, tu i teraz, i tak sobie nie wyobrazam.
Z domu nr 1 znowu wyprowadzaja sie lokatorzy. Klatwa chyba nad nim jakas krazy. PM oddal sprawy w rece agencji. Ma dosyc. Czestotliwosci wyprowadzek pewno to nie zmieni, ale niewatpliwie odciazy, zwlaszcza teraz, gdy kolejne remonty nie sa jeszcze ukonczone.