dimanche 27 janvier 2013




Sprzed dwoch tygodni seans, zapomnialam zapisac.
Molier, Ile de Ré, Wilson, ale przede, przede wszystkim Luchini... Nie przestaje byc jego fanka.
Krytycy podzieleni, ale ja sie swietnie bawilam. Najpierw L i D przywiezli pizze, V juz u mnie byla. Pedem na wyspe, a tam krazylismy przez kwadrans nie mogac znalezc kina - L zadzwonila i pani, jakzeby inaczej, lewo z prawo pomylila. Wracajac zajace liczylismy. To znaczy wszyscy oprocz mnie, bo ostatniego zaledwie zobaczyc mi sie udalo. Beztroska przepelniony wieczor jednym slowem.


Koncze czytac zbior(ek) nowel Amosa Oz "Scènes de vie villageoise". Lubie za styl, za niedopowiedzenia, za smutek delikatny wszechobecny.



Lew tymczasem z pogrypowym zapaleniem oskrzeli i ucha walczy. Zaluje, ze Rekina w sobote do lekarza tez nie wzielam, bo podejrzewam podobne zakonczenie. Jutro zatem sam bedzie musial isc, po raz pierwszy sam. Coraz bardziej samodzielny musi sie robic w tym roku. Szybciej nie myslalam.

jeudi 24 janvier 2013

Epidemia grypy ogloszona w miescie. Nie udalo sie niestety nam jej uciec. Juz prawie tydzien mija, jak chlopcy nia powaleni. Goraczka czterdziestostopniowa na szczescie juz minela, ale nadal paskudny kaszel, brak apetytu, ogromne zmeczenie. Wiekszosc dnia przesypiaja.
Moje maluszki tez niemal wszystkie chore. Najmlodsza (8 miesiecy) spanikowana mama wziela dzis ze soba do pracy. Nawet nie probuje sobie wyobrazic, jak dzien im zorganizowala. Dziewczynki, obie, od poniedzialku w domach swoich, z grypa oczywiscie. Rodzice chlopcow udaja, ze problem ich nie dotyczy. A dzis rano, po pol godzinie zaledwie od przyjscia, oboje zasneli na podlodze. Jednego w poludnie mama zabrala do lekarza. Objawy grypy plus zapalenie ucha. "To moge go jutro mimo to przyprowadzic?" Taaaa.... "Nie, nie ma goraczki, ale w plecaku zostawilam doliprane" - znam juz na pamiec. I po co to udawanie? Dobrze wiedza, ze nie jestem w stanie zamknac im rano drzwi przed nosem. Przeciwnie, doinformowana, lepiej dzien zorganizuje i na niepotrzebne ryzyko ani malych, ani siebie, ani innych wokol narazac nie bede.
Dla przeciwwagi, musze to zanotowac!, znajoma zalaca sie, ze jej synek ma prawie goraczke. Prawie, bo 37° nie przekroczyla. I chrypke.


Koncze czytac "Une vrai vie de nounou" Françoise Naser. Liczylam na wiecej humoru, na wiecej scenek rodzajowych. Ogolne narzekania na brak szkolen, brak pomocy, wymagania rodzicow, niedocenianie, itp., itd., mimo ze uzasadnione, nie pasjonuja mnie. Jest jak jest. Staram sie odnalezc jak najlepiej w tej sytuacji, jak najwiecej brac i dawac. I przede wszystkim trzymac sie pozytywow. Innej pracy, tu i teraz, i tak sobie nie wyobrazam.



Z domu nr 1 znowu wyprowadzaja sie lokatorzy. Klatwa chyba nad nim jakas krazy. PM oddal sprawy w rece agencji. Ma dosyc. Czestotliwosci wyprowadzek pewno to nie zmieni, ale niewatpliwie odciazy, zwlaszcza teraz, gdy kolejne remonty nie sa jeszcze ukonczone.



samedi 19 janvier 2013

Kolejny pierwszy raz. Tym razem migrena. Przez kolejne trzy dni powracala mniej wiecej o tej samej porze, dokladnie w tym samym miejscu usadowiony, nie dajacy sie niczym przepedzic bol. Czwartego dnia PM zawiozl mnie do SOS Medecin. Leki, w tym opium, i zakaz pracy do konca tygodnia. Taaaaaaaak... PM kupil leki, przywiozl mnie do domu, "to co, dasz sobie rade? wiesz, kolacji nie musisz mi robic" i juz go nie bylo.
Od wczoraj Rekin z goraczka ponad 39° zalega i znowu kaszle, kaszle bez przerwy, jak to on tylko potrafi. Lwa rozlozylo dzis po poludniu. PM pojawil sie w poludnie baaaaardzo chory, 37,2° az! Zamknal sie w sypialni i cierpi bardzo.
A ja mam dosyc. Dosyc.

lundi 14 janvier 2013

W sobotnie popoludnie babskie posiedzenie herbatowo-galettowo-winkowe. Galette des rois wyszla mi pyszna (masa marcepanowa w srodku, a jakze!) i w dodatku ja znalazlam féve, ku zalosci dzieci.
Dobrze jest posiedziec z dziewczynami, pogadac o wszystkim i niczym, zaciesniac laczaca nas nic. Dlugie lata tego nie potrzebowalam. W szkole nigdy prawdziwej przyjaciolki nie mialam. Moze namiastke w podstawowej, w liceum juz na pewno nie. A teraz to sie zmienia. Potrzebuje, lubie, doceniam. I lagodnieje, kto wie, moze wlasnie dzieki temu.

Wczoraj zdjelam wszystkie dekoracje swiateczne. Zal choinki, jeszcze tak pieknie pachniala. Kilka pierniczkow w puszce jeszcze sie ostalo i ... po swietach, w koncu musze to powiedziec.

Wieczorem slyszelismy szczekanie psa. Nie przywiazalam wagi do tego. Rano, gdy Lew wychodzil do szkoly wyskoczyl na nas, szczeniak jeszcze. Przeszczesliwy, piszczal z radosci, skakal po nas. Przeszedl do naszego ogrodu z sasiedniego. Zagwozdka, ze w tamtejszym domu nikt od paru miesiecy nie mieszka. Musze sie temu dzis w ciagu dnia przyjrzec.



jeudi 10 janvier 2013

Uslyszalam Rekina grajacego



na perkusji. Nadal troche problemow z utrzymaniem rytmu, ale... zaskakujaco dobrze! W pierwszej chwili myslalam nawet, ze to profesor jego gra. Wahania tempa go zdradzily. Alez sie ciesze! I dumna z niego jestem.

Przypomniala mi sie jedna z jego opowiastek szkolnych. Zapytal kolege, czy ten koniec swiata w telewizji, w relacji na zywo bedzie ogladal. "Nooo tak..." "E tam, ja na dvd sobie pozniej obejrze." I wiesz, dopiero jak dodalem, ze przeciez to juz po koncu swiata bedzie, wszyscy smiechem wybuchneli.


Czytam "La ronde des mensonges" Elizabeth George. Brakowalo mi Lynleya, tej calej arystokratycznej otoczki. Nie staram sie rozwiklac zagadki, sledze watki z przyjemnoscia, jakbym na lezaku w cieniu odpoczywala (lato! chce znowu lato!).
Odpuscilam sobie gonienie chlopcow za czytanie przy jedzeniu. Ba, gdy w trojke tylko jestesmy, polubilam jak wymieniaja sie wlasnie przeczytanymi ciekawostkami w "Mon Quotidien".


Wieczor z Leo DiCaprio, moim bratem astralnym ;) Najpierw "Blood diamond", potem "Mort ou vif". Nie, nie sa to moje ulubione filmy z jego udzialem, ale co tam, dobrze i takie sobie przypomniec. Aura Leo zrobi swoje ;)
(Pojedynek. "A co jesli ktorys wystrzeli zbyt wczesnie?" "Jako oszust zostanie wyeliminowany z turnieju." :) )


Obuty spedzil noc poza domem. Wychodzac do pracy PM uslyszal jego miauczenie w okolicach garazu, ale nie udalo mu sie go zlokalizowac. Prysznicowalam sie w pospiechu wyobrazajac sobie, ze lezy w  krzakach poraniony, zakrwawiony i dojsc do domu nie moze. Ale gdy tylko drzwi otworzylam, wkroczyl naburmuszony i zmiauczal mnie, ze tak dlugo czekac musial. Najprawdopodobniej wczesniej siedzial na drzewie uciekajac przed psem sasiadow. Trzyma nas kocisko pod swoja lapa, oj trzyma.



Wczoraj tylko poparzylam sie goraca herbata w dosc zaskakujacy sposob, a potem przecielam sobie kciuk pletwa grzbietowa dorady. Zaczynam myslec, ze dopisek Pani Katastrofa bylby moze na miejscu.

Przedwczoraj po raz kolejny film "Big fish". Nadal piekny. Z idealna rownowaga miedzy banalem a wyobraznia. Dobrze sie czuje w swiecie pana Burtona, pelnym fantazji, lekow, strachow, legend, zachwytow, zachlysniec, pasji... Chcialabym umiec wiecej magii burtonowskiej do codziennego zycia swojego dorzucac. I na dodatek Jessica Lange, ktora od zawsze sie zachwycalam. I McGregor, do ktorego tez mam slabosc wielka.

Za miesiac babski weekend. Niezla ekipe udalo mi sie zgromadzic. Licze na totalne rozprezenie i gadanie, gadanie, gadanie... do bialego rana.

Za oknem ponuro, chlodno. Byle do polowy lutego przetrwac, potem juz WIOSNA!


jeudi 3 janvier 2013

Czerwone miasto, czyli Collonges-la-Rouge

Rocamadour

Lew, w ktorym sceniczne zapedy sie obudzily



Sylwestrowy wyjazd. Cztery dni na koncu swiata, czyli gdzies w Perigord, w posiadlosci zagubionej miedzy lasami. ODPOCZYNEK. I ladowanie akumulatorow smiechem, swiezym powietrzem, pysznym jedzeniem. Jak dobrze dobrych ludzi miec kolo siebie!