dimanche 27 janvier 2013




Sprzed dwoch tygodni seans, zapomnialam zapisac.
Molier, Ile de Ré, Wilson, ale przede, przede wszystkim Luchini... Nie przestaje byc jego fanka.
Krytycy podzieleni, ale ja sie swietnie bawilam. Najpierw L i D przywiezli pizze, V juz u mnie byla. Pedem na wyspe, a tam krazylismy przez kwadrans nie mogac znalezc kina - L zadzwonila i pani, jakzeby inaczej, lewo z prawo pomylila. Wracajac zajace liczylismy. To znaczy wszyscy oprocz mnie, bo ostatniego zaledwie zobaczyc mi sie udalo. Beztroska przepelniony wieczor jednym slowem.


Koncze czytac zbior(ek) nowel Amosa Oz "Scènes de vie villageoise". Lubie za styl, za niedopowiedzenia, za smutek delikatny wszechobecny.



Lew tymczasem z pogrypowym zapaleniem oskrzeli i ucha walczy. Zaluje, ze Rekina w sobote do lekarza tez nie wzielam, bo podejrzewam podobne zakonczenie. Jutro zatem sam bedzie musial isc, po raz pierwszy sam. Coraz bardziej samodzielny musi sie robic w tym roku. Szybciej nie myslalam.

Aucun commentaire:

Enregistrer un commentaire