dimanche 16 juin 2013

Postanowilam sie nie dac strachom i lachom i dalam sie namowic Arturowej na piknik na Wyspie. Obiekcje z rowerem oczywiscie zwiazane bo i kilometrow troche do przejechania, i przede wszystkim MOST! Tymczasem z palcem w nosie rade dalam. A potem obzarstwo, paplanie o pierdolach wiekszych i mniejszych, BADMINTON! Chlopcy o czesciej zgodnym chorem zawolali.

Lew niestety z bablami na ramionach i uszach, bo krem przeciwsloneczny nadal wrog nr 1. I to pomimo bardzo podraznionej skory po turnieju w srode. Jak grochem o sciane. Coraz czesciej i coraz mocniej.

Tylko PM ciagle na budowie.




mercredi 12 juin 2013

Lew wrocil z miedzyszkolnego turnieju rugby plazowego:

- spalony sloncem, bo po co chocby na glowe cos zalozyc,
- ze zwichnietym (?) nadgarstkiem.

Ale zadowolony i to najwazniejsze.
Fakt, ze pojechal bez plecaka, bo... glowa ciagle w chmurach, bo czas na wszystko, bo ktos (no kto?) i tak za niego zrobi.
Nieciekawa wymiana zdan z PM na ten temat. Zla jestem bardzo na niego. I niestety jak zwykle w takich sytuacjach rozmowa kompletnie nam nie wychodzi.


Wczoraj wieczorem teatr z Valy. Jak zwykle Comédie." La femme est le meilleur ami de l'homme." Usmialysmy sie bardzo. I, juz tradycyjnie, zarazilam smiechem aktorow. Dziewczyna, musze poszukac jej nazwiska, swietna! Kazda mina, gest, spojrzenie, imitacja akcentow. Niby kliszowe bardzo sytuacje, skojarzenia, pare fajnych gier slow, a zabawa przednia. Bo najwazniejsza jest atmosfera tam panujaca. Wszyscy, absolutnie wszyscy, przychodza tam po prostu sie posmiac, chocby z byle powodu. Terapia smiechem z niezlymi brzuszkami polaczona, bo przepona nie ma szans tam na odpoczynek. Lubie, lubie bardzo!





Pozny czwartkowy podwieczorek. Zaserwowalam jakies cookies swiezo upieczone i oczywiscie truskawki.

- Wiesz, jest taka linia ciuchow ciazowych "Envie de fraises". Mmmmmmmm.... ostatnio mam olbrzymia ochote na truskawki! - miedzy jednym kesem a drugim wyrzucila z siebie Arturowa.

Trzecia zaciazona!!!!! Po Frankowej i Bartowej. No i zalalam sie lzami oczywiscie. Tak sie ciesze ich szczesciem!


Z drugiej strony... wracam do mysli o trzecim dziecku. A raczej o zegnaniu sie z ta mysla. Bo nie zdecydujemy sie juz. I zal mi, ze przegapilam odpowiedni moment. Tylko czy w ogole taki byl? Po prostu zal mi.



lundi 10 juin 2013



Niedzielne popoludnie, chlopcy u babci, PM na budowie, a ja przed ekranem znowu.

"Jestes Bogiem". Zbyt powierzchownie historia pokazana. Duzy niedosyt poczulam. Muzyka sie oczywiscie obronila sama. I glowna mysl, zeby Rekinowi, fanowi rapu, kupic plyte Paktafoniki nastepnym razem. Moze polubi? Moze kolejna zacheta do szlifowania jezyka polskiego bedzie?

"Stoker" ze wzgledu na Nicole Kidman. No i tez rozczarowanie. Pare ladnych ujec, Kidman piekna jak zwykle i to tyle. Z trudem do konca wytrwalam.

Za to niespodziewanie "The Impossible" chwycil mnie za gardlo. Przeplakalam pol filmu. Typowego katastroficznego filmu sie spodziewalam, heroizmu. A tu jednak glownie bol i czepianie sie zycia. Dla kogos. Dla rodziny.







Dwie sroki skakaly jak oszalale po galeziach drac sie wnieboglosy. Podeszlam blizej i tak, kocisko do gniazda sie zblizalo. Machanie piorami, krzyki (jak sie nazywa odglosy przez sroki wydawane?) coraz wieksze i w koncu udalo sie, kot zrezygnowal, zszedl, choc bardzo niechetnie.
Wysylam Alex texto, ze film przyrodniczy na zywo ogladam. Odpisuje, ze ona horror akurat - tata probuje syna ubrac.


Wyjelam rogaliki z pieca. Czesc z konfitura truskawkowa, czesc z masa makowa. Jak pachnie! A w glowie stara spiewka "tylko nie zjedz za duzo, tylko nie zjedz za duzo, tylko nie zjedz za duzo...".
Wczoraj dwugodzinna Zumba Party. Spalilam mnostwo kalorii, nie zeszlam z parkietu nawet na chwile. Jakas slodka nagroda wiec dzis moze byc.


Wyciagnelam chlopakow do kina na "Wadjda". Oprocz nas na sali tylko dwie osoby jeszcze byly (film juz dlugo strasznie na afiszu). I dobrze, bo Lew sporo pytan zadawal. Mimo, ze na codzien namiastke magrebskiej kultury maja, nie spodziewali sie az takich roznic zobaczyc. Nie jestem tez pewna, czy do konca zrozumieli, ze to nie fikcja. Wzruszajaca historia. Dla mnie przede wszystkim chyba pochwala sily charakteru. I niezaleznosci. I marzen.





Czytam "Dobre dziecko" Romy Ligockiej i jak Anna Abrahamerowa sie czuje - tyle napisac bym chciala, a i czasu brak, i przede wszystkim jednak umiejetnosci ujecia w kilku slowach tego co przezywam, co we mnie i co wokol.
Dobrze mi sie czyta te "Intymne wyznania dziewczynki w czerwonym plaszczyku". Tak smutne, a jednak nadzieja przepelnione. Ze nie mozna zamknac drzwi, zapomniec. Ze nasze marzenia i checi tak niewiele nieraz znacza, a mimo to mozna probowac pieknie zyc. Ze trzeba walczyc o siebie zawsze.

Coraz bardziej sie pograzam w tamtych czasach. Dwudziestolecie miedzywojenne, wojna, lata piecdziesiate. Nie wiem, moze komfort swojego zycia chce przez to jeszcze bardziej poczuc. A moze wiem, ze nie mozna zapomniec.

W tym nurcie "Co dalej, szary czlowieku?" Hansa Fallady. Poczatkowo bez przekonania w ogole. Ale ze od Marii pozyczona, postanowilam dotrwac do konca. I nie wiedziec kiedy wsiaknelam w historie.

"Tak, kiedy Pinneberg siedzi całą godzinę w pociągu, czuje, jak gromadzą się w nim drzazgi, jedna za drugą, i powstaje z nich cały stos, i ten stos zajmuje się niezgorszym płomykiem wściekłości, nienawiści, rozgoryczenia. Ale to jeszcze nie ogień, to dopiero płomyk. I gdy tak stoi w kolejce do Urzędu Pracy, jeden z wielu w szarym jednostajnym tłumie, w którym tak wiele różnych twarzy, tak wiele różnych ubrań - a wszędzie ta sama troska, ten sam skurcz serca, to samo rozgoryczenie...
Ach, co za sens ma to wszystko?
I on jest wciągnięty w tryby tej machiny, jest jednym spośród sześciu milionów, razem z innymi tłoczy się do okienka. Czym się tu przejmować? Dziesiątkom tysięcy jest jeszcze gorzej, dziesiątki tysięcy nie mają takiej dzielnej żony, dziesiątki tysięcy mają nie jedno dziecko, ale pół tuzina - dalej człowieku nazwiskiem Pinneberg, bierz swoje pieniądze i zmykaj, naprawdę nie mamy czasu dla ciebie, nie jesteś kimś wyjątkowym, żebyśmy mieli zajmować się tobą."


Banalna historia o biedzie, o kazdym z nas. Na szczescie, po raz kolejny, z pieknem w tle.

  
Wczesniej "Effroyables jardins" Michela Quint. Pozyczona od Arturow i zachwalana przez nich bardzo. Nie zrobila na mnie jednak wiekszego wrazenia. Moze jeszcze kiedys film na jej podstawie zobacze. Klaun w niemieckim mundurze, probujacy rozweselic pilnowanych przez siebie zakladnikow - mimo wszystko, dla mnie to bardziej lekcewazenie ogromu wojny, niz pokazanie, ze i pod takimi mundurami ludzie byli... Byc moze zbyt przesiaknieta jestem "Kamieniami na szaniec", "Granica" i cala reszta...
Druga nowela w tej ksiazce bardziej mnie poruszyla. Jak bardzo zagmatwane ludzkie losy moga byc i jak, znowu!, historia kolo zatacza i nie daje nam uciec od siebie.

Troche w tym stylu "The Place Beyond the Pines". Zdecydowanie pierwsza czesc wole, choc Gosling jak z "Drive" zywcem wyciagniety (ok, tatuaze dorzucone i wlosy rozjasnione). Ale gdy sie usmiecha w koncu - jest na co popatrzec. Ray Liotta druga czesc uatrakcyjnia, choc tez kliszowo bardzo, bo policja, bo mafia... sprawdzony repertuar. Czesc trzecia - czym ma byc zemsta? I czy w ogole musi byc? Jak pogodzic sie z przeszloscia i oswoic ja na tyle, by moc dalej swobodnie zyc? Zabraklo mi czegos w tych dwoch ostatnich czesciach. Choc za opcja zaproponowana sie opowiadam jak najbardziej.



vendredi 24 mai 2013


Byl czas, po maturze, gdy miotalam sie miedzy co studiowac, gdzie studiowac, czy w ogole studiowac... Pracowalam chwile w Kancelarii Prawniczej. Tak naprawde bylo to biuro posrednictwa nieruchomosci. Malenkie. Bylam jedyna zatrudniona osoba. Mialam przegladac ogloszenia w gazetach i probowac je, te ogloszenia, kojarzyc. Czasem sie to nawet udawalo. Ale generalnie nudzilam sie bardzo. I regularnie urywalam do kina. "Swiatowid" w Katowicach. Te seanse z duzym sentymentem wspominam. Z racji godzin, a moze i repertuaru, liczba widzow pieciu z reguly nie przekraczala.

Teraz czesto miewam trzygodzinna przerwe w pracy. Do kina wyrwac sie nie moge, wiec seanse domowe sobie urzadzam.

Dzis bylo "Poklosie". Wiem, ze w Pl reakcje na ten film gwaltowne bardzo byly. Lata emigracji chyba swoje jednak zrobily, a moze zawsze taka bylam, kto wie... W kazdym badz razie wg mnie film potrzebny, dla zrownowazenia "Czasu honoru" (symbolicznie rzecz ujmujac oczywiscie). Sthur swietny, Czop niemal magnetyzujacy, razem bardzo udany duet stworzyli. Zamachowskiego dobrze tez bylo zobaczyc i pania Szaflarska.

Wczoraj "Bejbi blues". Niczym kolejny impuls elektryczny do mnie jako matki wyslany. Bo obawa, by chlopcy nie wyrosli na powierzchownych, zapatrzonych w kolorowy swiat reklam, ciagle we mnie mocno siedzi. Bo wlasnie dorosli w tle sie przewijajacy najmocniej we mnie uderzyli. Ich bezradnosc najpierw w wychowaniu swoich dzieci, potem w pomaganiu im.
Boczarska jak zwykle piekna. Stenka - scena z przygotowywaniem sie do zmiany pieluchy mistrzowska. Figura kolorowa, niczym postarzala nagle glowna bohaterka.
Magdalena Berus - zachwycilam sie. Tylko dlaczego tak szybko mowi! Zachwycilam sie tak, jak kiedys Aleksandra Hamkalo. Czekam na kolejne z nia, a wlasciwie z nimi, filmy.



mardi 21 mai 2013


Wczoraj wieczorem:


Podobnie jak "Roza", "Dom zly", "Wesele" - dobry, swietnie zrobiony film. Choc moze schemat, reka Smarzowskiego zbyt oczywiste i powtarzalne sie staja. Jest zle i lepiej byc nie moze. Uklad zamkniety. Nie moj swiat. Wole widziec kolory, wole optymizm. Ale lubie to kino. Nerwowosc, napiecie. No i aktorzy!
Tak, zdecydowanie tego mi bylo trzeba wczoraj, zeby nie myslec o Rekinie i PM, ktorzy wybyli na koncert:




Sexion d'Assaut, ulubiony zespol Rekina. Teksty wszystkie na pamiec zna.
Troche sie balam tlumu, zeby sie nie zgubili, zeby cos im sie nie przytrafilo. Ostatecznie jednak, to nie Odjazdy w Spodku, podczas ktorych napierajacy ludzie tchu mnie pozbawili.
Wrocili przed polnoca. Rekin przeszczesliwy. Po raz pierwszy chyba milczacy! Tylko oczy jeszcze wieksze niz zwykle mial. Dzis pewno zaleje mnie opowiesciami i wrazeniami :)



lundi 20 mai 2013


Po paru miesiacach czekania zrealizowalam prezent urodzinowy od PM - bon na masaz goracymi kamieniami. Hmmmmmmmm... jeszcze i jeszcze wolam!
Olejek z glowna nuta cedrowa. Cieplo kamieni. Ale przede wszystkim dlonie mnie masujace. Dlonie. Kto je nazwal najdoskonalszym narzedziem?
Moja sa male, szerokie, z krotkimi palcami, niezbyt urodziwe. Ale bezblednie naciskaja klawisze, przewracaja kartki ksiazki, rozczesuja potargane wlosy, glaszcza po policzku, buduja wysoka wieze z klockow, stawiaja opor wodzie podczas plywania, zrywaja maliny z krzakowi i do ust je wsuwaja, dlugopisy, olowki, pedzle, nozyczki, noze, lopaty...
Nawet na te moje, malo urodziwe, lubie patrzec.


"Cwaniary" Sylwii Chutnik. Duze tak! Za jezyk, za skojarzenia, za babska sile. A w tle smierc i zemsta. Ponuro. Ale nie beznadziejnie! Ha, i nawet rece jedna z glownych rol graja, jesli nie najwazniejsza.

"Kochanie, zabilem nasze koty" Maslowskiej troche gorzej mi sie czytalo. Na szczescie co jakis czas male olsnienie ladnym zdaniem czy metafora nastepowalo. Pustka reklam i poradnikow z cyklu "jak w dwa dni...", brak celu, poza gonieniem za wizja ze zdjecia w kolorowym pismie. W zasadzie tylko te zdjecia klorowe pozostaja. Poza nimi smutek i udawanie.


A przy tym:



pospiewalismy sobie z PM wieczorem i stopami, na kanapie rozwalonymi, poruszalismy w rytm "Macumba" i nie tylko :)





lundi 13 mai 2013



Z wiekiem coraz wiecej cech "rodzinnych" w sobie dostrzegam (wole takie okreslenie, niz to, ze do rodzicielki sie upodabniam...). Miedzy innymi coraz czesciej sama ze soba rozmawiam. Na glos oczywiscie. Jakim wiec blogoslawienstwem sa maluchy na spacerze mi towarzyszace! Lepiej byc w koncu gadula o rozwoj nowego pokolenia dbajaca, niz dziwaczejaca pania w blizej nieokreslonym wieku.

A wiek nieokreslony blizej bo... Pewna starsza pani, dopiero dziwna!, zagadala dzis nasze towarzystwo "Na spacer z BABCIA robaczki sie wybraly?". Oczywiscie, ze zapomniala okularow. Oczywiscie, ze znaczenia slow zaczyna mylic, ale.... !!!!!!!!


Za oknem nadal chlodno. Nie rozpieszcza nas slonce w tym roku. Przez moment zastanawialam sie dzisiaj, czy moje rece opalone, czy zsiniale z zimna. Chyba jednak dziwaczeje.


samedi 11 mai 2013



Dzien dwoch fajnych niespodzianek.

Najpierw na przystanku Pewien Mlody Czlowiek zagadal w obcym jezyku, o droge do pewnego miejsca pytajac. Poniewaz obcego jezyka wole sluchac, niz nim mowic, zrozpaczona odwrocilam sie do chlopakow o pomoc, w ojczystym jezyku wolajac. Na co Pewien Mlody Czlowiek zareagowal natychmiast przyznaniem sie, ze ten sam jezyk ojczysty mamy! I tak, na koncu Europy, w malym miasteczku, na malym przystanku autobusowym polskiego marynarza spotkalam!

Potem, w sklepie Nataszy, Starsza Pani mieszanina polsko - francuska o sery i ogorki mnie wypytywala, szukajac smakow dziecinstwa. Tato Starszej Pani z Krakowa, mama - z Katowic. Porozmawialysmy chwile z przyjemnoscia olbrzymia.


Lubie, lubie takie spotkania!



vendredi 10 mai 2013


Jack (patrz Sparrow) i Indy (patrz Indiana Jones). Oni/one tak latwo nam nie uciekna, za szybko nie odejda. Nie powinny przynajmniej.
Uspokaja mnie obserwowanie jak jedza, niewiarygodnie szeroko paszcze otwieraja, przezuwaja, jak wygrzewaja sie w sloncu wyciagajac szyje (o ile to slonce zza chmur czasem wyjdzie!), jak banalnie wcale ani powolne, ani niezdarne nie sa.
Szesc miesiecy mialy przychodzac do nas. Chlopcy zagrode mala w ogrodzie im zbudowali. Bemol maly, ze pare lat na poznanie ich plci trzeba czekac. Choc dla mnie Indy dziewczyna jest i basta. Ladniejsza, jasniejsza, regularniejsza, delikatniejsza. Jack, ze swoja pokrzywiona skorupa, jak po przejsciach wyglada. Bardziej zdecydowany i brutalniejszy w dazeniu do celu jest.






A w Polsce spokojny tydzien. Tzn dla nasze trojki spokojny. PM organizacja opieki dla swojej babci zajety, zabiegany od rana do wieczora. Bezskutecznie...

"Uklad zamkniety" udalo mi sie zobaczyc. Oczywiscie, ze zlosc we mnie rosla w trakcie seansu. System, wladza, sila, cale to zlo niezmienne, choc w roznych miejscach, roznych czasach inaczej uosobione.
A z drugiej strony na Gajosa i Kaczora z przyjemnoscia wielka patrzylam. Brakuje mi polskiego kina.
Niestety jak zwykle, nie nadazam za komentarzami na temat filmu, ktore wokol tego kto jakiego radia slucha, kto jaka gazete czyta, sie ciagle kreca. Nawet o pogodzie bez skrecenia w ta slepa uliczke porozmawiac coraz ciezej.


Wieliczka. Ile lat mialam ja zwiedzajac? Dziesiec? Wrazenie duze po sobie zostawila. Pewno zbyt duze, bo swego rodzaju rozczarowanie dominowalo tym razem. A moze faktycznie juz tak bardzo zblazowani jestesmy, ze ciagle wiecej i wiecej chcemy, wybrzydzajac i nosem krecac, zamiast cieszyc sie i doceniac...







Krakow. Lubie, lubie, lubie!!! Wspomnienia, gdy w nim pomieszkiwalam wracaja. Dobry czas to byl. I bezposrednio do tego, gdzie dzis jestem mnie zaprowadzil.

Bar mleczny przy Grodzkiej. Udalo mi sie usmiech na twarzy Pani Bufetowej wywolac! Pierogi pyszne! Koktajl podobno tez. Wszystko pyszne zreszta.







 

Praga

 

PM niezbyt zadowolony z planu, jaki przygotowalam, na zwiedzanie Niemiec (bo za duzo jezdzenia w ta i z powrotem), zarezerwowal z dnia na dzien apartament na praskiej starowce. I pomknelismy zostawiajac za soba placz gospodarzy, ze za krotko. No pewno, ze za ... Nawet wieczoru gitarowego nie zdazylismy zrobic. Powiedzmy, ze knedliczki w jakims stopniu nam to wynagrodzily.


Lew zarzucil plecak na ramie i pomknal po tych schodach, zapominajac zupelnie o calodniowym zmeczeniu, z predkoscia, ktorej Bolt by sie nie powstydzil. Na szczycie rece w gore wyrzucil, Rocky Balboa swoje pietno znaczy sie w nim odcisnal.


Cisza, spokoj, tylko zablakany gitarzysta gdzies w zaulku dawal znac o sobie. A w dole, po drugiej stronie Mostu Karola, turysci, turysci, turysci. 





Trzy dni w Niemczech. K i W - dziekujemy za goscine!!!!!! Jak dobrze Was miec!

 

Wurst - obiekt pozadania chlopcow, odkad uslyszeli, ze w Niemczech pare dni pobedziemy. Mysle, ze zaspokoili, ba!, na zapas sie objedli kielbachami: dlugimi, krotkimi, jasnymi, ciemnymi, lagodnymi, pikantnymi... A najbardziej zaskakujaca byla chyba suszona kaszanka (tlusta bardzo!) nad Jeziorem Titisee kupiona. Nie moje smaki zdecydowanie. Srodziemnomorska, czy tez atlantycka bardziej jestem ;)

Tu bylismy i piwo pyszne, zimne, niepasteryzowane, w ogrodku z lawami dlugimi, pilismy. Rosé w upalne lato nie jest zle, ale slaskie korzenie takie piwo jednak nad wszystko przedkladaja!



Volklingen - huta zelaza. Imponujaca. Waskimi schodkami wspinamy sie na pomost wsadowy, na wysokosc niemal 30 m - wyczyn niewskazany dla osob z lekiem wysokosci. Zwlaszcza, gdy sa w towarzystwie mlodocianych, zarty z tej niedoskonalosci sobie strojacych. Szesc olbrzymich piecow, maszyny, ukosna winda - wszystko z poczatku XX wieku. Rozmach, wrecz szalenstwo inzynieryjne. Warto zobaczyc.

mardi 9 avril 2013

Za cztery dni jedziemy. Przystanek kilkudniowy w Alzacji, u K i W, by wycieczki do Niemiec urzadzac (by Lew z jezykiem sie osluchal). Dwa spotkania z fajnymi dziewczynami w grafik wcisnelam, z nadzieja, ze PM sie nie zbuntuje na miejscu (poki co pojecia zielonego o nich nie ma, jak i o reszcie planu, bo budowa i swoimi projektami zbyt zajety). W sobote troche energii sie we mnie rozbudzilo i nakupilam prezentow, czekoladowych glownie zreszta. Sukienka ksiezniczki dla P2, przez A uszyta, dotarla poczta. Wave dla P1 tez juz czeka - oby tylko sniegi stopnialy, by mialy chlopaki gdzie poszalec!
Gdyby tylko nie to zmeczenie...
Gdyby tylko nie to napiecie przez budowe wywolane... Dwoch zdan spokojnie ze soba wymienic juz nie potrafimy. A za cztery dni jedziemy.
Chlopcy zamowienia juz u babci na obiady skladaja: rosolek, rolady, kluski slaskie, kluski na parze, zupa grzybowa... A w miedzyczasie cola i chipsy za plecami naszymi im podawane. Niech im bedzie. Jedyny taki tydzien w roku w koncu maja.
Gdyby tylko nie to zmeczenie... Nawet myslec mi sie nie chce o tych godzinach w samochodzie przesiedzianych...
Slonca i ciszy najbardziej mi sie teraz chce. Slonca i ciszy.



mardi 2 avril 2013

Mazurek kajmakowo-orzechowy, sernik, sos tatarski, jajka na zapas ugotowane - sama dla siebie tradycji pilnuje. Reszta rodziny zupelnie zainteresowana tym menu nie byla. Mimo, ze minimalistyczne przeciez. Dla chlopakow czekolada, czekolada, czekolada i poza nia nic innego w Wielkanoc mogloby nie istniec. R nie bylo, ale gdyby byl, pewno niewiele by to zmienilo (jajka tylko swiezo ugotowane! po godzinie do konsumpcji juz sie nie nadaja!).
O dyngusie sama zapomnialam. Czy raczej ochoty po prostu nie mialam.
Wydmuszki Lew zrobil na niemieckim w szkole, w domu juz mu sie nie chcialo.
Starac sie bardziej, czy odpuscic, w mysl zasady, ze nic na sile...



- Wiesz Nounou, gdy bede duzy, zabiore Cie w gory.

Obietnica Antka, lat trzy (bez pieciu dni). Po godzinie postekiwan, poplakiwan, placzow, krzykow, itp. okolosjestowych. Bo w domu "w zasadzie juz nie spi w ciagu dnia, ale tutaj moglby, bo przedszkole niebawem...".


Mala Luska z goraczka do 40° dobijajaca.

- Ale czy to normalne Nounou, ze tylko doliprane lekarz przepisal???


Bo w moim magicznym domku, wszystko sie zdarzyc moze... nieprawdaz, zadzialam na wszystkie bolaczki rodzicow, zaczaruje kazde dziecko...



Wielkanoc leniwa bardzo, przespana glownie. PM oczywiscie na budowie. Chlopcy miedzy kopaniem pilki a komputerem. A ja rozlozona wlasciwie nie wiem czym... Kosci bola.
Obiad w niedziele rodzinny u G i R. Pyszna jagniecina i tarta cytrynowa, pasztet z wkladka z fois gras. Chlopcy zadowoleni, bo z przyszywanymi kuzynami nakopac pilki sie nie mogli.
Tymczasem na Slasku snieg, snieg, snieg. Brrrrrrr.... odwyklam! Wyjazd na wakacje pod znakiem zapytania stoi, w tym tygodniu decyzja zapadnie, ale ze wzgledu na pogode jakos nie mam ochoty naciskac, by pozytywna byla...


"Oblawe" za to zobaczylam. Zaluje, ze nie w kinie. W pieleszach domowych, w poludnie niemal - to nie sa warunki na taki film. Dorocinski, jak zwykle dla mnie, doskonaly. Rosati wyciszona, stonowana. Film ciezki. (Choc "Roze" zdecydowanie bardziej przezylam.) Zdrada, wiara, sposoby na osiagniecie celu... nic nie jest jednoznaczne, a rownoczesnie tak oczywiste sie zdaje, po ktorej stronie stanac.


"Nos garçons. Mieux les comprendre pour mieux les élever" Guriana skonczylam, wreszcie!, czytac. Ogarnelam dzieki niej troche chaos w mojej glowie. Lew tak szybko sie zmienia. I najbardziej to, w jaki sposob z nim rozmawiac mnie nurtuje. Zeby nie slyszec w odpowiedzi jedynie "mhmmmm". Znalazlam pare podpowiedzi. Tylko, czy mi samej cierpliwosci starczy...



jeudi 21 mars 2013

Wiosne zaczynam szumnie katarem wielkim i ogolnym rozbiciem. Deszcze, ktore pare razy w tym tygodniu zmoczyly mi glowe niespodziewanie, zrobily swoje niestety.

Do tego spotkanie z rodzicami-kandydatami wczoraj wieczorem, niezbyt sympatyczne. Bo za drogo, bo wakacje nie w tym samym czasie. Najlepiej, zebym dyspozycyjna byla 12 godzin na dobe, za symboliczne wynagrodzenie. Bobas trzy miesiace zaledwie miec bedzie, piecdziesiat godzin w tygodniu. Ok, nie musza sie ich popyt z moja podaza zgadzac, ale ich nastawienie, sposob prowadzenia rozmowy, zniesmaczyly mnie bardzo.

Do tego Antek, lat prawie trzy, skupil sie dzis na wyrazaniu swoich emocji zaplatanych placzem i krzykami, ot, takie niespodziewane wybuchy w srodku zabawy czy posilku, ciagnace sie przez kwadrans lub dluzej. A Antek do cichych dzieci nie nalezy niestety. No i nie wytrzymalam niestety, ryknelam. Rekin, przejety bardzo, sie poplakal. Ja mam kaca moralnego. A Antek zakonczyl sjeste duzo wczesniej niz zazwyczaj, kolejnymi krzykami oczywiscie. Dodatek za prace w szkodliwych warunkach poprosze! Albo godzine na silowni, zeby worek poboksowac.



mardi 19 mars 2013

Filmowa niedziela. Rano "Le Monde fantastique d'Oz" z chlopakami. Po seansie dyskusja o tym, czy wszystko jest mozliwe, jesli bardzo tego chcemy. "Nie! Podroz w czasie nie jest mozliwa. Na razie!" - zdanie Lwa. Temat sie rozwinal i ostatecznie nie zapytalam go, czy w jakims konkretnym celu w czasie chcialby sie przemieszczac... A film nie az tak magiczny, jak moznaby oczekiwac, ale i tak dobrze sie na nim bawilismy.
Potem "Jappeloup" z Ola. Canet naburmuszony niemal bez przerwy, ale do twarzy mu z ta mina. Konie piekne! Historia w bardzo grzeczny sposob ukazana. Hold nie tylko koniowi oddany, ale i tacie, swietnie zagranemu przez Daniela Auteuil. Plakalam oczywiscie jak bobr, nie jedyna na sali zreszta.
Wieczorem "Flight" z PM. Katastrofa swietnie pokazana. Denzel Washington niezly, choc za bardzo jezykiem policzki wypychal w ramach wyrazania emocji. Ostatecznie tez jezor pokazany systemowi wspierajacemu nas w klamstwie i udawaniu, czyli happy end. Filmem nr 1o alkoholizmie "Zostawic Las Vegas" pozostaje dla mnie niezmiennie.


W piatek wieczorem "Les Enfoirés". W sobote plyte kupilam, na drugi dzien Rekin znal juz na pamiec - zasypia nucac ja, budzi sie tez ze spiewem na ustach. Hollywood umacnia swoja pozycje w jego marzeniach. 



Na zebraniu w szkole tlumaczyli nam, rodzicom, zasady i powody reformy szkolnictwa. Ta sama liczba godzin lekcyjnych zostanie podzielona na piec dni szkolnych, a nie cztery jak do tej pory (czyli w naszym przypadku dojdzie sroda rano), przy zachowaniu mniej wiecej tych samych godzin pobytu dzieci w szkole. Albo merostwo przejmie wiec opieke nad dziecmi przez ostatnia godzine po szkole, albo wydluzy sie do trzech godzin przerwa obiadowa.
Nie spedza mi to snu z powiek - pracuje w domu. Lew moze pozniej pojsc do szkoly, wrocic wczesniej, przyjsc na obiad. Jednak po "przygodach" z opieka zapewniana przez merostwo do tej pory, zupelnie nie rozumiem sensu takich zmian. Choc jednoczesnie zbaranialam na zale rodzicow, ze ich dzieci beda zbyt zmeczone, jesli dwa razy w tygodniu, w ramach tych dodatkowych zajec po lekcjach, bedzie im proponowany sport. Taaaaa...
Przypomniala mi sie dwuletnia Sara zszokowana propozycja pojscia na spacer NA NOGACH. I nie o wozek jej chodzilo, ale o samochod.
Olbrzymie oczy ma "zmeczenie" tutaj.



vendredi 15 mars 2013

Rekin postanowil... nie! poinformowal nas raczej, ze wyjezdza niebawem do Hollywood. I ze La Star tam bedzie.
I po co my sie z tymi wszystkimi projektami - remontami szarpiemy? Wystarczy pod dziecko sie podessac i juz wczesniejsza emerytura spokojna gotowa!



jeudi 14 mars 2013

W szkole Rekina trwaja zapisy na kurs jezyka arabskiego rozpoczynajacy sie w przyszlym roku szkolnym. Forma kursu niesprecyzowana jeszcze. Od poltorej godziny do trzech na tydzien, w czasie lekcji lub po zajeciach. Troche to utrudnia podjecie decyzji. Ale Rekin rozentuzjazmowany, ze tak, zebysmy wypelnili szybko potrzebny papier, ze on bardzo chce, ze TAK! A dzis po powrocie ze szkoly oznajmil, ze poprosil nauczycielke o skreslenie go z listy chetnych. Bo zaden z jego dobrych kolegow sie nie zapisal.


Urbi et orbi nowego papieza zaskakujaco proste. Przypomnialo mi sie, ze gdy z S. ostatnio o filmie "Habemus Papam" rozmawialam, wspomniala o jego nierealnosci, miedzy innymi z powodu sposobu wypowiadania sie w nim papieza. Tymczasem fru! konwenanse, nie zatracajmy w nich siebie i tego, co najwazniejsze.



mardi 12 mars 2013

Odwiedziny A. Przegadane pol nocy. No lubie ja, bardzo lubie. Szkoda, ze daleko tak mieszka... W dodatku sobota tak piekna byla, sloneczna. Siedzialysmy w knajpce w porcie na piwie, po upolowaniu z trudem miejsca!, i chlonelysmy slonce, siebie, radosc ze spotkania. Port wypelniony ludzmi, zgielk malomiasteczkowy, smiechy, wieze w porcie takie jasne dzieki prazacemu sloncu. Drzewa owocowe cale w kwiatach, wszedzie zonkile, hiacynty, tulipany. I moj wozek zakupowy wypelniony serem bialym i ogorkami z "ruskiego" sklepu, pachnacy acras (przepysznymi!) kupionymi targu.

Czasem zastanawiam sie jak to mozliwe, ze przez cale dziecinstwo, dorastanie, bez przyjaciolki przeszlam. I dlaczego. Nie znajduje poki co odpowiedzi. Ale fakt, ze coraz bardziej doceniam kontakty z dziewczynami, dbam o nie, ba! szukam.

W niedziele kino z chlopakami, "Boule et Bill". Mniej smieszny, niz myslalam. Marina Foïs, ktora tak bardzo mi sie spodobala w "Polisse", zupelnie do komedii mi nie pasuje.

W zlobku historia o milosci maluchow do moich nalesnikow zyje juz swoim wlasnym zyciem. Smaze wiec je znowu, choc zaczynam miec dosyc. Nastepnej ekipy chyba juz nie bede tak rozpieszczac. Taaaaaaak...


A! Najwazniejsza wiadomosc: K i F sa w ciazy! Nareszcie! Sie bedzie dzialo...



vendredi 8 mars 2013

Pani A poznala Pania B. Ich losy splotly sie ze soba dosc intensywnie, choc znajomosc ta opierala sie glownie na pomocy w ogarnieciu codziennosci w nowym miejscu. Samoistnie wiec po jakims czasie zaczely sie rozplatac. Tym bardziej, ze innego punktu zaczepienia, niz owo ogarnianie, nie znalazly. Pani B niestety nie zrozumiala tego. Az eksplodowalo w ustach Pani A "a daj mi swiety spokoj kobieto!". Eksplodowalo na tyle mocno, ze odlamki i w mezow A i B uderzyly.

Wnioskow na razie brak, dominuja zal i wstyd.



Rytualem Lwa przy podwieczorku jest czytanie "Mon quotidien" (gazety dla dzieci w wieku 10-14 lat). Tak, tak, czytania podczas jedzenia nie popieramy, ale... Pare dni temu natknal sie w nim na reportaz o karach cielesnych. Skomentowal krotko, ze wariactwem jest zabranianie klapsow, bo bez nich nie mozna dzieci wychowac.
Zamurowalo mnie. Po zlapaniu oddechu wyswietlil mi sie film z wszystkimi klapsami wymierzonymi moja wlasna reka (nie, nie bylo ich duzo, choc czy ma to znaczenie?). Potem samokrytyka, a jakze. I rozmowa. Troche zbyt szybka, zbyt krotka, z maluchami smigajacymi nam miedzy slowami. Musze do niej wrocic, bo ciagle siedzi we mnie ten jego komentarz i zrozumiec nie moge, dlaczego az tak kategorycznie sie wypowiedzial.


PM obdarowal Rekina biletami na koncert Sexion d'Assaut. Takiego wybuchu radosci i eksplozji szczescia jeszcze u niego nie widzialam! Zalal sie lzami i lkal mi w ramionach dobre kilkanascie minut! Czekanie do maja bedzie dla niego wiecznoscia!


Przeczytalam w koncu, a pare lat na mnie cierpliwie czekala, "Beloved" Toni Morrison. I oj tak, taka proze lubie. I temat, i styl, i wszystko. Z "Wsciekloscia i wrzaskiem" Faulknera mi sie skojarzyla, choc ta przeczytana juz wieki temu, ale pamietam dobrze te same drgania, te same emocje we mnie wzbudzila.



mercredi 27 février 2013

Eliza, lat trzy i pol:

- Wiesz Nounou, dzis mi sie przysnil koszmar. To byl  ZAJAC, KTORY JADL MARCHEWKE.


dimanche 24 février 2013

Rozgoryczona. Bardzo.
23.02.2013 - dziesiate urodziny Rekina.
PM nie moze zjawic sie w domu przed wieczorem, zeby spedzic troche czasu z synem w Takim Dniu. Zbyt zajety jest swoim Wielkim Projektem.
BabaG i R zjawiaja sie po dwudziestej, bo wazniejszy byl mecz w telewizji.
P wyjechal na narty, nawet nie zadzwonil.

Dobrze, ze radosc Rekina zdaje sie granic nie miec, bo mojej zaczyna brakowac.


Lwa zawiozlam dzis na tydzien do T i S. Przeszczesliwego Lwa! Bo dobrze sie tam czuje, w centrum uwagi, doceniany, jedyny. Odganiam na razie mysli, ze moze za bardzo brak mu tego w domu. Bo wymowek tysiace: ze praca, ze obowiazki, ze czas, ze zmeczenie, ze...

Mala zamiec sniezna nas w drodze zlapala. Olbrzymie platki sniegu, na ktore napatrzec sie nie moglam, rozplywajace sie w powietrzu kilka centymetrow nad ziemia. Szkoda jednak, ze zima tylko wietrzny i deszczowy wymiar u nas miewa.


W nocy z piatku na sobote wyjazd z O i malym  B na pogotowie. Ostatecznie w raczej wesola wyprawe zamieniony, bo na widok lekarskich fartuchow cudowne ozdrowienie nastapilo.
I tylko mysl jedna przemknela mi, ze roznice w tym, jak dzieci swoje wychowujemy, moglaby punktem zapalnym byc. Na szczescie na innej bazie ta znajomosc budowana jest, a roznica wieku miedzy dziecmi naszymi tez spora, wiec nie grozi nam konflikt interesow.


A! Sklep "z przysmakami z Europy wschodniej" odkrylam po telefonie K. Oczywiscie pobieglam natychmiast. I znajoma sprzed lat okazala sie wlascicielka! Ogorki kiszone, twarog, ser wedzony, makrela wedzona, chrzan (tak ostry, ze plakalismy dzis przy obiedzie!) - tak niewiele, a tak nas uszczesliwilo!



dimanche 17 février 2013

Urodziny Rekina za tydzien, ale juz wczoraj swietowal z kolegami. Dopisala nam pogoda (w koncu blekit! slonce!), wiec zabralam ekipe do parku. Tam oczywiscie foot, foot, foot... Po powrocie ... nadal foot!, o zgrozo w ogrodzie. O zgrozo, bo wiosennie sie zaczelo robic, tu i owdzie z ziemi cos wyrastac zaczelo, a tu tupot dziesiecioletnich nog, aaaaaaa! Troche na flipperach z ludoteki wypozyczonych pograli, z karabinami i mieczami pobiegali (nie, prosze nie wchodzic w butach na pietro!) i piec godzin (bo Rekin godzine wczesniej, niz sie umawialismy kolegow zaprosil) minelo szybciej niz myslalam.
Rekinowy pociag do slodyczy okazal sie niestety zbyt silny, carambar! ;) , swietowanie zakonczylo sie wymiotowaniem. Taaaaaa....

Dziesiec lat. Wlosy do polowy plecow, wielki usmiech na twarzy i donosny glos. Energia, entuzjazm, spontanicznosc, radosc - szczescie po prostu! Fajnie miec syna, ktory inspiruje, ktory pobudza, ktory calym soba udawadnia kazdego dnia, jak piekne jest zycie, tak po prostu. Fajnie obserwowac, jak czerpiac z nas, wybiera wlasna sciezke. "Bo Cie kocham i szanuje, mamo." Ja Ciebie tez Synku!



jeudi 14 février 2013

Obutego nie ma juz od dziewieciu dni. Szukalismy, nawolywalismy...Szary, kolega, z ktorym przesiadywal na dachu, przyszedl raz, jakby go szukal. Wskoczyl na okno, wbiegl do domu, do naszej sypialni. I od tamtej pory wiecej sie nie pojawil. Moje maluszki nawoluja podczas spacerow "gdzie jestes? gdzie sie schowales? chodz do nas!". No lyso nam bardzo...


Babski weekend. Tak wyczekiwana impreza - niespodzianka dla A. Dwanascie dziewczyn. Z Paryza, Marsylii, Bordeaux. I juz pal szesc, ze Maz sie dzien przed wygadal, czy tez raczej zmuszony przez A. do wyznania niemal calej prawdy zostal. Czesc grupy jakby zapomniala, ze tam dla A. jestesmy i swoje gierki uprawiala. Juz wczesniej decyzje o odejsciu z Grupy podjelam, spotkanie mnie w niej utwierdzilo.
Dziwnie sie teraz czuje, jak na odwyku. Ale nie zaluje.


Spotkania z rodzicami sie zaczynaja powoli. Wczoraj pielegniarka i strazak. Notatki z kursu udzielania pierwszej pomocy pare razy w ciagu dnia przegladalam i niemal pewna bylam, ze poprosza mnie o reanimowanie lalki. Nad wymowka, zeby tego nie robic, myslalam! Niepotrzebnie. Bardzo sympatyczni, mlodziutcy (kiedy ja sie tak postarzalam?!). Tylko grafik dosc ruchomy, czasem sobotni poranek, nie jestem przekonana. Czekam na ich odpowiedz w kazdym badz razie.


Lew walczy zazarcie w collegu. Srednia z niemieckiego poprawil bardzo (Student wyjezdza na dwa miesiace, zobaczymy jaki wplyw na oceny to bedzie mialo), podobnie z angielskiego. Ale nadal trzeba go pilnowac, pilnowac i jeszcze raz pilnowac.
Rekin za dwa tygodnie dziesiate urodziny swietowac bedzie. No, to juz wiem, kiedy sie tak postarzalam ;)





dimanche 27 janvier 2013




Sprzed dwoch tygodni seans, zapomnialam zapisac.
Molier, Ile de Ré, Wilson, ale przede, przede wszystkim Luchini... Nie przestaje byc jego fanka.
Krytycy podzieleni, ale ja sie swietnie bawilam. Najpierw L i D przywiezli pizze, V juz u mnie byla. Pedem na wyspe, a tam krazylismy przez kwadrans nie mogac znalezc kina - L zadzwonila i pani, jakzeby inaczej, lewo z prawo pomylila. Wracajac zajace liczylismy. To znaczy wszyscy oprocz mnie, bo ostatniego zaledwie zobaczyc mi sie udalo. Beztroska przepelniony wieczor jednym slowem.


Koncze czytac zbior(ek) nowel Amosa Oz "Scènes de vie villageoise". Lubie za styl, za niedopowiedzenia, za smutek delikatny wszechobecny.



Lew tymczasem z pogrypowym zapaleniem oskrzeli i ucha walczy. Zaluje, ze Rekina w sobote do lekarza tez nie wzielam, bo podejrzewam podobne zakonczenie. Jutro zatem sam bedzie musial isc, po raz pierwszy sam. Coraz bardziej samodzielny musi sie robic w tym roku. Szybciej nie myslalam.

jeudi 24 janvier 2013

Epidemia grypy ogloszona w miescie. Nie udalo sie niestety nam jej uciec. Juz prawie tydzien mija, jak chlopcy nia powaleni. Goraczka czterdziestostopniowa na szczescie juz minela, ale nadal paskudny kaszel, brak apetytu, ogromne zmeczenie. Wiekszosc dnia przesypiaja.
Moje maluszki tez niemal wszystkie chore. Najmlodsza (8 miesiecy) spanikowana mama wziela dzis ze soba do pracy. Nawet nie probuje sobie wyobrazic, jak dzien im zorganizowala. Dziewczynki, obie, od poniedzialku w domach swoich, z grypa oczywiscie. Rodzice chlopcow udaja, ze problem ich nie dotyczy. A dzis rano, po pol godzinie zaledwie od przyjscia, oboje zasneli na podlodze. Jednego w poludnie mama zabrala do lekarza. Objawy grypy plus zapalenie ucha. "To moge go jutro mimo to przyprowadzic?" Taaaa.... "Nie, nie ma goraczki, ale w plecaku zostawilam doliprane" - znam juz na pamiec. I po co to udawanie? Dobrze wiedza, ze nie jestem w stanie zamknac im rano drzwi przed nosem. Przeciwnie, doinformowana, lepiej dzien zorganizuje i na niepotrzebne ryzyko ani malych, ani siebie, ani innych wokol narazac nie bede.
Dla przeciwwagi, musze to zanotowac!, znajoma zalaca sie, ze jej synek ma prawie goraczke. Prawie, bo 37° nie przekroczyla. I chrypke.


Koncze czytac "Une vrai vie de nounou" Françoise Naser. Liczylam na wiecej humoru, na wiecej scenek rodzajowych. Ogolne narzekania na brak szkolen, brak pomocy, wymagania rodzicow, niedocenianie, itp., itd., mimo ze uzasadnione, nie pasjonuja mnie. Jest jak jest. Staram sie odnalezc jak najlepiej w tej sytuacji, jak najwiecej brac i dawac. I przede wszystkim trzymac sie pozytywow. Innej pracy, tu i teraz, i tak sobie nie wyobrazam.



Z domu nr 1 znowu wyprowadzaja sie lokatorzy. Klatwa chyba nad nim jakas krazy. PM oddal sprawy w rece agencji. Ma dosyc. Czestotliwosci wyprowadzek pewno to nie zmieni, ale niewatpliwie odciazy, zwlaszcza teraz, gdy kolejne remonty nie sa jeszcze ukonczone.



samedi 19 janvier 2013

Kolejny pierwszy raz. Tym razem migrena. Przez kolejne trzy dni powracala mniej wiecej o tej samej porze, dokladnie w tym samym miejscu usadowiony, nie dajacy sie niczym przepedzic bol. Czwartego dnia PM zawiozl mnie do SOS Medecin. Leki, w tym opium, i zakaz pracy do konca tygodnia. Taaaaaaaak... PM kupil leki, przywiozl mnie do domu, "to co, dasz sobie rade? wiesz, kolacji nie musisz mi robic" i juz go nie bylo.
Od wczoraj Rekin z goraczka ponad 39° zalega i znowu kaszle, kaszle bez przerwy, jak to on tylko potrafi. Lwa rozlozylo dzis po poludniu. PM pojawil sie w poludnie baaaaardzo chory, 37,2° az! Zamknal sie w sypialni i cierpi bardzo.
A ja mam dosyc. Dosyc.

lundi 14 janvier 2013

W sobotnie popoludnie babskie posiedzenie herbatowo-galettowo-winkowe. Galette des rois wyszla mi pyszna (masa marcepanowa w srodku, a jakze!) i w dodatku ja znalazlam féve, ku zalosci dzieci.
Dobrze jest posiedziec z dziewczynami, pogadac o wszystkim i niczym, zaciesniac laczaca nas nic. Dlugie lata tego nie potrzebowalam. W szkole nigdy prawdziwej przyjaciolki nie mialam. Moze namiastke w podstawowej, w liceum juz na pewno nie. A teraz to sie zmienia. Potrzebuje, lubie, doceniam. I lagodnieje, kto wie, moze wlasnie dzieki temu.

Wczoraj zdjelam wszystkie dekoracje swiateczne. Zal choinki, jeszcze tak pieknie pachniala. Kilka pierniczkow w puszce jeszcze sie ostalo i ... po swietach, w koncu musze to powiedziec.

Wieczorem slyszelismy szczekanie psa. Nie przywiazalam wagi do tego. Rano, gdy Lew wychodzil do szkoly wyskoczyl na nas, szczeniak jeszcze. Przeszczesliwy, piszczal z radosci, skakal po nas. Przeszedl do naszego ogrodu z sasiedniego. Zagwozdka, ze w tamtejszym domu nikt od paru miesiecy nie mieszka. Musze sie temu dzis w ciagu dnia przyjrzec.



jeudi 10 janvier 2013

Uslyszalam Rekina grajacego



na perkusji. Nadal troche problemow z utrzymaniem rytmu, ale... zaskakujaco dobrze! W pierwszej chwili myslalam nawet, ze to profesor jego gra. Wahania tempa go zdradzily. Alez sie ciesze! I dumna z niego jestem.

Przypomniala mi sie jedna z jego opowiastek szkolnych. Zapytal kolege, czy ten koniec swiata w telewizji, w relacji na zywo bedzie ogladal. "Nooo tak..." "E tam, ja na dvd sobie pozniej obejrze." I wiesz, dopiero jak dodalem, ze przeciez to juz po koncu swiata bedzie, wszyscy smiechem wybuchneli.


Czytam "La ronde des mensonges" Elizabeth George. Brakowalo mi Lynleya, tej calej arystokratycznej otoczki. Nie staram sie rozwiklac zagadki, sledze watki z przyjemnoscia, jakbym na lezaku w cieniu odpoczywala (lato! chce znowu lato!).
Odpuscilam sobie gonienie chlopcow za czytanie przy jedzeniu. Ba, gdy w trojke tylko jestesmy, polubilam jak wymieniaja sie wlasnie przeczytanymi ciekawostkami w "Mon Quotidien".


Wieczor z Leo DiCaprio, moim bratem astralnym ;) Najpierw "Blood diamond", potem "Mort ou vif". Nie, nie sa to moje ulubione filmy z jego udzialem, ale co tam, dobrze i takie sobie przypomniec. Aura Leo zrobi swoje ;)
(Pojedynek. "A co jesli ktorys wystrzeli zbyt wczesnie?" "Jako oszust zostanie wyeliminowany z turnieju." :) )


Obuty spedzil noc poza domem. Wychodzac do pracy PM uslyszal jego miauczenie w okolicach garazu, ale nie udalo mu sie go zlokalizowac. Prysznicowalam sie w pospiechu wyobrazajac sobie, ze lezy w  krzakach poraniony, zakrwawiony i dojsc do domu nie moze. Ale gdy tylko drzwi otworzylam, wkroczyl naburmuszony i zmiauczal mnie, ze tak dlugo czekac musial. Najprawdopodobniej wczesniej siedzial na drzewie uciekajac przed psem sasiadow. Trzyma nas kocisko pod swoja lapa, oj trzyma.



Wczoraj tylko poparzylam sie goraca herbata w dosc zaskakujacy sposob, a potem przecielam sobie kciuk pletwa grzbietowa dorady. Zaczynam myslec, ze dopisek Pani Katastrofa bylby moze na miejscu.

Przedwczoraj po raz kolejny film "Big fish". Nadal piekny. Z idealna rownowaga miedzy banalem a wyobraznia. Dobrze sie czuje w swiecie pana Burtona, pelnym fantazji, lekow, strachow, legend, zachwytow, zachlysniec, pasji... Chcialabym umiec wiecej magii burtonowskiej do codziennego zycia swojego dorzucac. I na dodatek Jessica Lange, ktora od zawsze sie zachwycalam. I McGregor, do ktorego tez mam slabosc wielka.

Za miesiac babski weekend. Niezla ekipe udalo mi sie zgromadzic. Licze na totalne rozprezenie i gadanie, gadanie, gadanie... do bialego rana.

Za oknem ponuro, chlodno. Byle do polowy lutego przetrwac, potem juz WIOSNA!


jeudi 3 janvier 2013

Czerwone miasto, czyli Collonges-la-Rouge

Rocamadour

Lew, w ktorym sceniczne zapedy sie obudzily



Sylwestrowy wyjazd. Cztery dni na koncu swiata, czyli gdzies w Perigord, w posiadlosci zagubionej miedzy lasami. ODPOCZYNEK. I ladowanie akumulatorow smiechem, swiezym powietrzem, pysznym jedzeniem. Jak dobrze dobrych ludzi miec kolo siebie!