jeudi 27 décembre 2012

Koncert, zupelnie zapomnialam! Na poczatku grudnia sie odbyl, chyba jedenastego. W chorze bylo nas ponad dwadziescia plus pietnastu muzykow. Pelna sala i najbardziej slyszalne oczywiscie moje dwie male fanki: Elisa i Manon. Spora dawke wzruszen mi zafundowaly krzyczac na cale gardlo "nou-nou! nou-nou! nou-nou!"
Trema przed olbrzymia. Smiesznie tak wracac do odczuc kompletnie juz zapomnianych.
I po nagle dziwne pustka, wolne wieczory, brak spotkan. Zwlaszcza, ze zaangazowana bylam we wszystkie etapy: pisanie tekstow, chor, dekoracje.
Nie, nie jestem zdecydowanie typem spolecznika, ale rownoczesnie nie moge ot, siedziec w domu i delektowac sie telewizja na ten przyklad. Cos mnie gna i popedza ciagle. Nie lubie pustego kalendarza.
"Bez wstydu" z Agnieszka Grochowska i Mateuszem Kosciukiewiczem. Z przyjemnoscia duza na nich patrzylam, ale poza tym... sama nie wiem. Ze sie gubimy szukajac uczucia, bliskosci, milosci? Ze sie oszukujemy? Ze tylko to, co chcemy wokol siebie widzimy? Ze przegapiamy to, co najwazniejsze? A moze, ze trzeba isc na kompromisy? Ciekawy pomysl na historie, ale zbyt mala dbalosc o szczegoly jak dla mnie.

No i "Wladca pierscieni", ogladany po raz pierwszy z chlopakami. Podobnie jak z "Gwiezdnymi wojnami" bylo - odkrywam na nowo, jakbym ich oczyma ogladala. Zeby tylko Rekin tak sie nie wiercil pod kocem!
W zawieszeniu miedzy Swietami a Sylwestrem. Czas na niby. Trawienie swiatecznych przysmakow ( w tym fois gras na pierniku z figa macerowana w koniaku, bar z sosem cebulowo-maslanym, seromakowiec, ciasto pomaranczowe...) smiechy i chichy, spacery, filmy, szykowanie strojow na Bal Przebierancow, praca na pol, a nawet cwierc gwizdka. I cieszenie sie prezentami, a jakze!
W Wigilie, przed deserem, aby dac czas Mikolajowi na podlozenie prezentow pod choinke, szybka wizyta u Lindy, Davida, jego brata i rodzicow. "Przybiezeli do Betlejem" przeplecione z "Petit Papa Noël" , oplatek, calusy i usmiechy od ucha do ucha Arthura...
Pierwszego dnia dwugodzinny spacer wzdluz plazy, chlopcy na wave'ach oczywiscie. Wiatr mrozacy nam uszy, bo kto by czapki zakladal, fale przeskakujace gdzieniegdzie murki ochronne, policzki zaczerwienione jak po spotkaniu ze sniegiem. I obiad swiateczny, ktory spozylismy dopiero na kolacje, bo wczesniej czasu nam zabraklo.

Przed wakacjami spotkania z profesorami Lwa. Czesc z zaskakujaco trafnymi, ciekawymi spostrzezeniami na jego temat (zaleznosci miedzy charakterem pisma a jego pewnoscia siebie i znajomoscia tematu na przyklad), czesc nie majaca chyba pojecia kim jest Lew. Generalnie - oceny dobre lub bardzo dobre, tylko brak aktywnosci na zajeciach... No nie prosze Panstwa, nie z tego samego kamienia ciosani wszyscy jestesmy, nie probujcie go wtlaczac na sile w wytyczone odgornie ramy!

Skonczylam ogladac "Czas honoru". I co z tego, ze zimy tam brak? Sa emocje. Poddalam sie im tak, ze zdziwiona bylam sluchajac wiadomosci z kraju: jaki Tusk, jaki Kaczynski... Czekam niecierpliwie na kolejna serie.

Kocisko wykastrowane. Bez problemow. Jutro pierwsza podroz samochodem. Mam nadzieje, ze damy rade i my, i on.

lundi 26 novembre 2012

Lubie zawierac nowe znajomosci. Olbrzymi kredyt zaufania im daje. Ale w przypadku naduzycia go, nie daje drugiej szansy. Taka skorpionia natura. Bez letnich stanow zawieszenia. Nie lubie tej cechy w sobie. Ale poki co nad innymi pracuje. Nie od razu Rzym...
K od M ciagle mi chodzi po glowie. Nie potrafie przelamac niecheci, a jednoczesne wiem, ze w innych warunkach nigdy poza zdawkowe dzien dobry bysmy nie wyszly, ze ona liczyla na mnie, ze pewnie nieswiadomie zrazila mnie do siebie, ze ... No zle mi z tym.


W sobotnie popoludnie mecz rugby LR - Pau. W promieniach slonca, za to bez oczekiwanej goracej atmosfery na trybunach. Ciekawie w piecdziesiatej minucie dopiero sie zrobilo. Wygralismy, acz do bycia dumnym z ekipy troche zabraklo niestety.
Wieczorem kolacja u L i D. Jak zawsze sympatycznie bardzo.
W niedziele lenistwo, lekcje Lwa (powoli srednia pnie sie w gore, w tej chwili oscyluje miedzy 15,5 a 16, tylko zapal do nauki, szukania wiecej ciagle zbyt maly), porzadki... nuda, ale i brak sily na wiecej. Wieczor, o dziwo, z PM, ktory wrocil, o dziwo!, wczesniej.
I nie wiem, czy to tylko poza z jego strony, czy naprawde nie przyjmuje do wiadomosci mojej choroby.  Moze po prostu przestac myslec o tej artrozie i udawac, ze wszystko jest OK...

mercredi 21 novembre 2012

Rozgrzana kapka tluszczu na patelni. Nagle prysk i kropla laduje na mojej powiece. Wieczor spedzony z kubkiem zimnego jogurtu, jedyny akceptowalny sposob na chlodzenie.

- Mamo, Ty swietnie gotujesz, ale obawiam sie, ze kiedys Twoj palec w ciescie znajdziemy... - skomentowal Rekin.


 A dzis wieczor z "Desperatkami" i ciastem czekoladowym z wisniami. Po ucieczce w polowie proby choru. Bo PM na budowie, a Rekin boi sie zasypiac, gdy nie ma nas w domu.
Niech sie juz to skonczy. Plany, projekty, zabezpieczanie przyszlosci, gdy zycie codzienne staje sie nieznosne.



lundi 19 novembre 2012

Nadmiar

Przemeblowalam salon. Miedzy zmiana pieluchy u jednej a budowaniem zoo z lego z drugim.
W ramach szukania przestrzeni.
Kanapy w jeden kat, raz! Biblioteczka mala do garazu, dwa! Zabawki do komorki, tez przemeblowanej przy okazji, trzy!
Odetchnelam.


Rekin wrocil ze szkoly z kurtka roztargana  na rekawie.
- To Alyssa. Ale wiesz, ona nie chciala! Przez przypadek. I to nie szkodzi, w takiej bede chodzil. Fajnie to nawet wyglada.
- Niekoniecznie Rekinie moj drogi. Zalozysz teraz inna, a ...
Trzasniecie drzwiami i foch. Bo w innej on wyglada grubo. On Rekin, lat 9, metr czterdziesci cos wzrostu, 32 kilo zywej wagi. Wyglada grubo!


Wokol dyskusja o malzenstwach homoseksualnych. Manifestacje przeciw. Agresja. Ciagle za malo upokarzania innych.


Wczoraj wieczorem "Invictus". Ktory to raz? Mandela, rugby, Damon, wolnosc - zmienia mi sie punkt ciazenia z kazdym kolejnym seansem.


Na kolacje zapiekanka z ziemniakow, dyni i boczku - jesien pelna geba.




dimanche 18 novembre 2012

Jak dobrze wstac...

Deszcz. Cisza. Leniwy niedzielny poranek. Jeszcze w pizamie, jak nigdy. Ograniczylam sie do wyrzucenia resztek wczorajszej pizzy (serowej z orzechami, na ciescie troche przeslodzonym, bo robiac zaczyn sie zamyslilam troche i sypnelam hojnie cukru). Godzina 10.53, pojawia sie Lew.

- A gdzie pizza?
- Nie ma juz, wyrzucilam.
- OOOOO!!!!

Wielki foch w miejsce czesc mamusiu, jak sie masz, itp.

Nadal deszcz. Nadal cisza. Tylko leniwosc poranka gdzies uleciala.

Czak-czak

- Wiesz, Ludwik przyniosl do szkoly wyciete z gazety zdjecie dziewczyny, wlozyl sobie miedzy nogi i zaczal.... hihihihihihihi... no wiesz..... hihihihihihi...
- Nie, nie wiem. Co zaczal?
- No wiesz, czak-czak! - i zaczal poruszac bioderkami do przodu i do tylu.
- Czak-czak???
- No, tak sie mowi, nawet w komiksach tak pisza.
- Rekinie moj, Ty wiesz, ze to jest dosyc wulgarny sposob na pokazywanie seksu?
- No wiem, wiem. Ja tak nie robie. Ale Ty tez tego nie robisz z tata, co?
- Czego nie robie?
- No, na golasa, w lozku, czak-czak!
- Rekinie, pamietasz skad sie biora dzieci? Skad Ty sie wziales, Twoj brat?
- No pamietam... Ale Ty tez? Na golasa??? Czak-czak?????
- Rekinku moj, gdy sie kogos kocha, to nie mysli sie o seksie w ten sposob, to nie jest wtedy takie czak-czak, tylko cos, co sprawia Ci przyjemnosc, co jest bardzo intymna relacja miedzy dwojgiem ludzi...
- Ok, ok... Nigdy nie bede robil czak-czak!

Inwazja z Marsa. Etap kolejny rozpoczety.

mercredi 14 novembre 2012

Obuty

Sierpniowe leniwe popoludnie. Rekin przybiega z banda przyjaciol, ze gdzies tu, obok Pan rozdaje male kotki i ze on, Rekin, bardzo, bardzo, bardzo by chcial takiego kotka. Poszarpane zaslony, podrapane kanapy, pobudki w srodku nocy.... nie! NIE!
Po tygodniu Lew przybiegl z malym zawiniatkiem w rekach.
-No zobacz, przeciez nie kazesz mi go oddac. Zobacz, jaki jest piekny. No zobacz!
Zobaczylam. Nie musial oddawac.
Pierwsza kapiel i panika, bo dziesiatki pchel skaczacych w panice na prawo i lewo.
Potem nieprzespana noc, bo plakal za mama, za starym domem. Czuwanie, zeby zalatwil sie do kuwety i tak, grzebanie w niej razem z nim, ustawianie w roznych miejscach, bo moze tu bedzie mu wygodniej, lacznie z zamknieciem obojga dwa razy w toalecie - bezskutecznie zreszta. I zwyciestwo o piatej nad ranem (dzieki, a moze mimo bluesa nuconego w rozpaczy godzine wczesniej).
Obuty. Kuty na cztery nogi. Egoistyczne piekno i wdziek gubiace swoja dume w pogoni za kilkoma piorkami na patyku. Porwal nasze serca i zawiesil wysoko na moreli.

mardi 13 novembre 2012

Chlopcy

Rekin, lat 9 i pol, zagail dzis:

- Gdy bylas mala, istnialy juz zegarki? Takie na reke?

Ufffff wielkie, bo nie zapytal o dinozaury. A przeciez mogl.



Lew, lat 11, opowiadal podczas kolacji o etapach mumifikacji faraonow. W trosce o moja linie moglabym pomyslec.



Pozalilam sie mezowi, ze marzne, ze chyba wirus jakis rozpoczyna atak.

- Zaloz sobie moje getry. Sa w szafie. Od razu bedzie Ci cieplej. Caluski.


Trojca moja. W pelnej okazalosci.

dimanche 11 novembre 2012

11 listopada

Koncze dzis 39 lat.
Zaczynam byc kobieta w srednim wieku. Wczesniejszym pokoleniem.
Dziwne uczucie. Jeszcze nie potrafie okreslic, czy przyjmuje to jako naturalna kolej rzeczy, czy bardziej sie uginam pod ciezarem pedzacego czasu i coraz wiekszej ilosci zmarszczek, czy bardziej ciesze sie niezaleznoscia, wolnoscia, pewnoscia siebie - zjawiskami obcymi mi jeszcze kilka lat temu.

100 lat odspiewane na kilka glosow. Tona zyczen standardowych, a miedzy nimi pare perel, przy ktorych serce sie rozgrzewa.

I slonce, ktore rozgoscilo sie dzis na dobre. Atlantyk cichutko szumial. Chlopcy wojne zoledziowa urzadzili.
Dobrze jest.