mercredi 12 juin 2013

Lew wrocil z miedzyszkolnego turnieju rugby plazowego:

- spalony sloncem, bo po co chocby na glowe cos zalozyc,
- ze zwichnietym (?) nadgarstkiem.

Ale zadowolony i to najwazniejsze.
Fakt, ze pojechal bez plecaka, bo... glowa ciagle w chmurach, bo czas na wszystko, bo ktos (no kto?) i tak za niego zrobi.
Nieciekawa wymiana zdan z PM na ten temat. Zla jestem bardzo na niego. I niestety jak zwykle w takich sytuacjach rozmowa kompletnie nam nie wychodzi.


Wczoraj wieczorem teatr z Valy. Jak zwykle Comédie." La femme est le meilleur ami de l'homme." Usmialysmy sie bardzo. I, juz tradycyjnie, zarazilam smiechem aktorow. Dziewczyna, musze poszukac jej nazwiska, swietna! Kazda mina, gest, spojrzenie, imitacja akcentow. Niby kliszowe bardzo sytuacje, skojarzenia, pare fajnych gier slow, a zabawa przednia. Bo najwazniejsza jest atmosfera tam panujaca. Wszyscy, absolutnie wszyscy, przychodza tam po prostu sie posmiac, chocby z byle powodu. Terapia smiechem z niezlymi brzuszkami polaczona, bo przepona nie ma szans tam na odpoczynek. Lubie, lubie bardzo!



Aucun commentaire:

Enregistrer un commentaire