Sierpniowe leniwe popoludnie. Rekin przybiega z banda przyjaciol, ze gdzies tu, obok Pan rozdaje male kotki i ze on, Rekin, bardzo, bardzo, bardzo by chcial takiego kotka. Poszarpane zaslony, podrapane kanapy, pobudki w srodku nocy.... nie! NIE!
Po tygodniu Lew przybiegl z malym zawiniatkiem w rekach.
-No zobacz, przeciez nie kazesz mi go oddac. Zobacz, jaki jest piekny. No zobacz!
Zobaczylam. Nie musial oddawac.
Pierwsza kapiel i panika, bo dziesiatki pchel skaczacych w panice na prawo i lewo.
Potem nieprzespana noc, bo plakal za mama, za starym domem. Czuwanie, zeby zalatwil sie do kuwety i tak, grzebanie w niej razem z nim, ustawianie w roznych miejscach, bo moze tu bedzie mu wygodniej, lacznie z zamknieciem obojga dwa razy w toalecie - bezskutecznie zreszta. I zwyciestwo o piatej nad ranem (dzieki, a moze mimo bluesa nuconego w rozpaczy godzine wczesniej).
Obuty. Kuty na cztery nogi. Egoistyczne piekno i wdziek gubiace swoja dume w pogoni za kilkoma piorkami na patyku. Porwal nasze serca i zawiesil wysoko na moreli.
Aucun commentaire:
Enregistrer un commentaire